Radio Maryja
Radio Maryja
Komunikat dyrektora Radio Maryja o. Tadeusza Rydzyka dotyczący ataków na Radio Maryja
 
[wracam do głównej]

Tryptyk o Radiu Maryja (3)
Bronić i wspierać... Radio Maryja i jego środowisko
wobec aktualnych wyzwań


BRONIMY RADIO MARYJA

źródło:www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20050906&id=my11.txt

Tryptyk o Radiu Maryja (3)
Radio Maryja - zaangażowane politycznie?

Oskarżenie o zaangażowanie polityczne Radia Maryja należy do stałego i zarazem najcięższego arsenału środków, którymi atakuje się samo Radio, jego Ojca Dyrektora i całe środowisko z nim związane. Wszystko byłoby dobrze, gdyby Radio pozostało przy katechezie i modlitwie - mówią i piszą - ale, niestety, zajmuje się także sprawami społecznymi, w tym także politycznymi, i to jeszcze w taki sposób, że narusza monopol tych, którzy myślą o sobie, że mają patent na uprawianie polityki. Ataki są ostre, ale ich prawdziwy wpływ na opinię publiczną bierze się nie z tej ostrości, lecz z niedouczenia, z nieznajomości zasad naszej wiary przez samych katolików, w tym także niektórych duchownych.

Gdybym chciał nieco żartobliwie i krótko odpowiedzieć na te "dobre rady", by Radio Maryja zajęło się modlitwą i katechezą, to bym przypomniał owym "doradcom", że katolicy są zobowiązani do modlitwy także za sprawy społeczne, że są specjalne modlitwy w intencji Ojczyzny i Narodu, a nawet modlimy się za rządzących, by mądrze rządzili, a więc i modlitwa może i powinna być "polityczna"; jest bez wątpienia formą zaangażowania politycznego. Przypomniałbym też, że również katecheza powinna obejmować sprawy życia społecznego. Wystarczy otworzyć Katechizm Kościoła Katolickiego i zobaczyć, ile w nim polityki. A przecież katechizacja powinna obejmować całość orędzia chrześcijańskiego.
Jak widać, to tylko pozorna żartobliwość. Sprawa jest poważna i warto jej poświęcić nieco uwagi. Na antenie Radia Maryja i w niektórych publikacjach, zwłaszcza na łamach "Naszego Dziennika", wielokrotnie zabierałem głos w tej sprawie. Ale wydaje się, że wciąż za mało i może nazbyt skrótowo. Swój głos kieruję przede wszystkim do ludzi wierzących, a nie do końca rozumiejących posłannictwo Kościoła i mediów katolickich, bo trudno dotrzeć - jak o tym wcześniej pisałem - do ludzi złej woli, którzy nie tyle nie potrafią, co nie chcą zrozumieć istoty chrześcijańskiej wizji polityki i odpowiedzialności za świat doczesny.
Czy Radio Maryja jest zaangażowane politycznie? To pytanie trzeba postawić bardziej precyzyjnie: czy można czynić zarzut z tego, że w Radiu Maryja pojawiają się audycje, a także pewne inicjatywy, które mają wyraźne odniesienie do życia społeczno-politycznego? I trzeba odpowiedzieć z całą oczywistością, że Radio Maryja jest zaangażowane również w sprawy polityki, gdyż bez tego nie mogłoby wypełnić swojej misji społecznej, co więcej - nie mogłoby ukazać w całości chrześcijańskiego orędzia wiary. Chwała Radiu Maryja, że nie stroni od spraw politycznych, że formuje nasze sumienia, byśmy w duchu wiary podjęli odpowiedzialność również za sprawy społeczne i polityczne. Jak postaram się to wykazać, jest to także wierność nauczaniu Jana Pawła II, który nieustannie wzywał, by katolicy poczuli się odpowiedzialni za świat doczesny i by to czynili w harmonii z wyznawaną wiarą.
Jestem w pełni świadom, że to ogólne spojrzenie domaga się szerszego wyjaśnienia i uzasadnienia. By bronić Radia Maryja, trzeba posługiwać się jasnymi i rzeczowymi argumentami. Zanim to uczynię, pragnę najpierw jednak wskazać na pewne aspekty współczesnej sytuacji, które sprawiają, że pytanie o zaangażowanie polityczne Kościoła, a w tym kontekście także Radia Maryja, staje się nie tylko aktualne, ale wprost palące.

Z jednej strony trzeba stwierdzić - i to z niepokojem - że wrażliwość sumień licznych katolików na sprawy społeczne wydaje się być wysoce niezadowalająca, że sprawy społeczne nie zawsze idą w parze z wrażliwością religijną poszczególnych wyznawców Chrystusa.
Trzeba to widzieć na szerszym tle współczesnego rozdarcia między wiarą a moralnością. Dla wielu wyznawców Chrystusa przyznawanie się do wiary ma charakter deklaratywny i nie prowadzi do przyjęcia wizji życia zgodnej z Ewangelią, do przyjęcia określonych wartości i zasad moralnych, zwłaszcza w odniesieniu do spraw życia społecznego. Wskazując na to rozdzielenie wiary i życia moralnego Jan Paweł II napisał: "Stajemy tu wobec mentalności, której oddziaływanie, często głębokie, rozległe i wszechobecne, wpływa na postawy i zachowania samych chrześcijan i sprawia, że ich wiara traci żywotność oraz właściwą jej oryginalność jako nowa zasada myślenia i działania w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym. W rzeczywistości kryteria sądów i wyborów, stosowane przez samych wierzących, którzy żyją w środowisku kultury w dużym stopniu zdechrystianizowanej, okazują się często obce Ewangelii lub nawet z nią sprzeczne" ("Veritatis splendor", nr 88). Nie trzeba nikogo przekonywać, że taka postawa w sposób istotny wpływa na konkretny kształt uczestnictwa chrześcijan w życiu społecznym, w tym także na zaangażowanie polityczne.
Z drugiej strony, nie można nie zauważyć narastającego kryzysu życia społecznego i politycznego, którego przejawem jest zarówno kryzys wielu instytucji demokratycznych (por. kryzys parlamentu, słabość wymiaru sprawiedliwości, korupcja w sferach rządzących, upadek praworządności), jak i coraz wyraźniej objawiający się słaby udział szerokich rzesz we współodpowiedzialności za dobro wspólne. Widoczne jest to w swoistej ucieczce w prywatność, w różnego rodzaju postawach płynących ze skrajnego indywidualizmu, między innymi w wykorzystywaniu instytucji demokratycznych do prywatnych lub grupowych interesów, oraz w coraz mniejszym udziale wielkiej części społeczeństwa w różnego rodzaju wyborach politycznych.
W związku z tym Jan Paweł II napisał, że współczesne systemy demokratyczne "niekiedy, jak się wydaje, zatraciły zdolność podejmowana decyzji zgodnych z dobrem wspólnym. Niekiedy postulaty społeczeństwa rozpatruje się nie przy użyciu kryteriów sprawiedliwości i moralności, ale raczej biorąc pod uwagę siłę wyborczą lub finansową stojących za nimi grup. Tego rodzaju odstępstwa od zasad moralności politycznej prowadzą z czasem do zniechęcenia i apatii, a w konsekwencji do zaniku zaangażowania politycznego i ducha obywatelskiego ludności, która czuje się poszkodowana i zawiedziona" ("Centesimus annus", nr 47).
Ten kryzys jest w Polsce na tyle poważny, że coraz częściej zagraża porządkowi demokratycznemu, przynajmniej w tym sensie, iż mamy coraz wyraźniej do czynienia z demokracją formalną. Wydaje się, że znacząca część elit politycznych chce takiej demokracji o charakterze fasadowym, bo boi się "motłochu", bo gardzi społeczeństwem, bo jest wyalienowana z normalnego życia. Nie dajmy się zwieść ich biadoleniom, że tak mało ludzi uczestniczy w wyborach parlamentarnych i prezydenckich. Przecież zrobili wszystko, by odsunąć normalnych ludzi od sfery polityki, by zohydzić im samą myśl o szerszym uczestnictwie w odpowiedzialności za Polskę. Wąskie grupy uprzywilejowanych zbudowały fasadową demokrację przy Okrągłym Stole, podzieliły się łupami (o przepraszam: podzieliły się "odpowiedzialnością za Polskę") i teraz dbają o to, by nikt nie powołany (przez nich) nie dostał się do władzy.
Ta współczesna alienacja rządzących (szerzej: elit politycznych) przypomina podobne wyobcowanie czerwonej nomenklatury, która miała nie tylko swoje sklepy i oddzielone od innych dzielnice mieszkaniowe, ale także żyła w świecie innych wartości i przekonań. Czy ktoś z nas pamięta jeszcze, jak Jan Paweł II w 1987 roku upominał ówczesnych rządzących w swoim przemówieniu na Zamku Królewskim w Warszawie? Ojciec Święty zacytował wówczas tekst jednego z dokumentów Soboru Watykańskiego II: "Na pochwałę zasługuje postępowanie tych narodów, w których jak największa część obywateli uczestniczy w sprawach publicznych w warunkach prawdziwej wolności (...). Ażeby zaś wszyscy obywatele byli skłonni uczestniczyć w życiu różnych grup, z których składa się organizm społeczny, konieczne jest, by mogli w nich znaleźć wartości, które by ich pociągały i skłaniały do służenia drugim. Słusznie możemy sądzić, że przyszły los ludzkości leży w ręku tych, którzy potrafią podać następnym pokoleniom motywy życia i nadziei" (KDK 31). Papież dodał wówczas, że służba współczesnym i przyszłym pokoleniom wyraża się w zadaniu: "kształtować i przekazywać "motywy życia i nadziei" (8.06.1987).
Nie można jedynie narzekać, że ludzie nie chcą angażować się w sprawy społeczno-polityczne.
Trzeba odpowiedzieć na pytanie, dlaczego rządzący Polską w ostatnich kilkunastu latach nie zdołali ukazać całemu Narodowi owych "motywów życia i nadziei", które skłaniają do głębszego uczestnictwa w życiu społecznym. Grupy technokratów i ideologów skrajnego ekonomizmu, znawcy pieniądza, ale nie ludzkiej duszy, myśleli, że można dokonywać reform bez ludzi, poza ludźmi i nie dla ludzi. Do władzy doszli również ci, którzy już byli przyzwyczajeni do wyobcowania, bo w czasach PRL-u mieli dostęp do wszystkiego. Teraz też chcieli się obłowić, zdobywając władzę "pustymi obietnicami", o których przed laty śpiewał Bułat Okudżawa.
Nie ma co powoływać się wciąż na "demokratyczne państwo prawa", jeśli ani demokracja, ani prawo nie służą narodowi. Piewcy takiej demokracji zapominają, że tworzenie struktur i instytucji demokratycznych nie może być traktowane jako cel, a jedynie jako droga do celu. Zapominają, że - jak to podkreśla Jan Paweł II - "demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm" ("Centesimus annus", nr 46). Ta łatwość zniszczenia porządku demokratycznego wynika także z tego, że próżnia społeczna, jaka rodzi się z braku uczestnictwa dużej części społeczeństwa, zostaje zastąpiona strukturami oligarchicznymi, a znaczna część instytucji życia społecznego zostaje zawłaszczona przez pewne grupy ludzi, którzy dążąc do utrzymania swoich wpływów i czerpania z nich korzyści, nie pozwolą innym na kształtowanie życia społecznego. Miejsce troski o wartości, które by "pociągały i skłaniały do służenia drugim", zajmuje wówczas zabieganie o własne korzyści, przez co drugi człowiek staje się niepotrzebnym konkurentem albo nawet wrogiem.
Czyż w tym świetle nie jest łatwiej dotrzeć do sedna ataków na Radio Maryja? Przecież dzięki tej rozgłośni dokonał się istotny wyłom w próbach zachowania okrągłostołowego modelu demokracji, demokracji fasadowej i oligarchicznej. Bo przecież temu Radiu udało się coś, co nie udało się różnym ugrupowaniom politycznym i innym gremiom społecznym. Udało się wskazać na takie "motywy życia i nadziei", że wielu ludzi zrozumiało sens swojej odpowiedzialności politycznej za przyszłość Polski. Istnieją niepublikowane badania socjologiczne, które wskazują wyraźnie, że dzięki Radiu Maryja wielu ludzi zechciało na nowo zaangażować się w sprawy społeczne.
I ten niewątpliwy sukces Radia Maryja, sukces, który wskazuje na pozytywną rolę w dziele integracji społecznej, stał się źródłem ataków na to Radio. Gdyby wpływ Radia Maryja był znikomy, gdyby nie budził lęku, nikt by go nie atakował. Zauważmy też, że w tych atakach ujawnia się tak wyraźnie wspomniane przeze mnie wyobcowanie tych, którzy uważają siebie za wyższą kastę społeczną. Jakże to - mówią i piszą, nie ukrywając pogardy - niewykształceni słuchacze Radia Maryja mają mieć tak istotny wpływ na wybory polityczne? Jakże to, ta "masa ludzka" już nie będzie podatna na nasze ideologiczne i propagandowe zabiegi? Dzięki Radiu Maryja nie da się już dalej rządzić Polską w oparciu o układy i porozumienia ponad głowami ludzi. Radio Maryja stoi dzisiaj w pierwszym szeregu obrońców demokracji zbudowanej nie tylko na systemie prawnym, ale także na wartościach, które nadają jej głębszy sens. Kto chce pozbawić Radio Maryja wpływu na życie społeczno-polityczne, staje się - być może tylko mimowolnym - wrogiem prawdziwie demokratycznych przemian w Polsce.

Tak oto już z samego kształtu obecnego życia społecznego płynie uzasadnienie dla zaangażowania politycznego Radia Maryja.
Ale nie chcę ograniczyć się jedynie do tego typu doraźnego uzasadnienia. Jako wyznawcy Chrystusa zdajemy sobie sprawę, że ostatecznym źródłem i fundamentem naszej odpowiedzi na wyzwania, jakie rodzi aktualna sytuacja społeczna, jest sama wiara. To w wierze - a dokładniej w Chrystusie poznanym przez wiarę - chrześcijanin znajduje fundament dla odkrywania "motywów życia i nadziei", także w odniesieniu do życia społecznego. Jeśli jednak ma się to w pełni dokonać, to konieczne jest przezwyciężenie wspomnianego rozdarcia pomiędzy wiarą a życiem moralnym w życiu chrześcijan.
Współczesne tendencje sekularyzacyjne, wzmocnione niekiedy - zwłaszcza w krajach poddanych przez lata totalitarnym systemom komunistycznym - przez narzucone programy ateizacji i laicyzacji, doprowadziły do różnych form kwestionowania wiary religijnej, do odsunięcia jej na margines życia. Odnosząc się do wiary chrześcijańskiej, trzeba stwierdzić, że dla jednych oznaczało to zupełną utratę wiary, dla innych sprowadzenie jej do jakiegoś spowszedniałego rytualizmu i powierzchownych deklaracji, a jeszcze u innych zaowocowało postawą częściowego tylko utożsamiania się z płynącym z wiary systemem wartości (co określa się niekiedy jako "wybiórcze chrześcijaństwo"), a także coraz wyraźniejszym rozdarciem między wyznawaną wiarą a przyjętym stylem życia.
To rozdarcie znalazło niejako swoje przedłużenie w koncepcjach życia społecznego, w których nie ma miejsca dla ludzi wierzących, którzy jasno deklarują, że chcą się kierować motywacją religijną w spełnianiu funkcji publicznych. Unia Europejska doprowadziła tę marginalizację ludzi wierzących do absurdu, czego wymownym przykładem jest casus Rocco Buttiglionego, kandydata na jednego z komisarzy w UE. Twórcy projektu konstytucji europejskiej nie odważyli się zanegować prawa do wiary w Chrystusa w indywidualnym wymiarze życia, ale żądają od chrześcijan, aby w zaangażowaniu w życie społeczne wyrzekli się swej tożsamości, by przestali być ewangeliczną "solą ziemi" i "światłem dla świata".
A co na to my - wyznawcy Chrystusa, członkowie Kościoła katolickiego? Niestety, wielu z nas poddaje się dzisiaj dwu zasadniczym pokusom: pokusie ucieczki od świata, a więc wycofania się z życia społecznego, oraz pokusie upodobnienia się do świata, czyli takiego podejścia do życia społecznego, w którym zanika (lub zostaje wyraźnie pomniejszona) specyfika chrześcijańskiego świata wartości.
Poddanie się tej pierwszej pokusie, a więc swoiste wycofanie się z życia społecznego, odrzucenie odpowiedzialności za świat doczesny, jest tak naprawdę zgodą na marginalizację ludzi wierzących. To swoiste oddanie pola w dziedzinie życia społecznego, sprowadzenie wymagań wiary wyłącznie do życia osobistego i co najwyżej odpowiedzialności za swoich bliskich bywa niekiedy uzasadniane tym, że świat polityki jest pełen nieprawości i dlatego trzeba od niego uciec; bywa motywowane wzniosłymi hasłami o potrzebie własnego doskonalenia się i uświęcania. Dla chrześcijan świeckich oznacza to zanegowanie fundamentalnej prawdy, że miejscem urzeczywistniania ich powołania chrześcijańskiego jest właśnie świat doczesny i szeroko rozumiane życie społeczne i że bez przyjęcia odpowiedzialności za tę dziedzinę życia niemożliwe jest wypełnienie powołania do świętości.
Radio Maryja pragnie wyraźnie przeciwdziałać tej pokusie. Czuje się odpowiedzialne za taką formację świeckich katolików, by chcieli podjąć się aktywnego uczestnictwa w życiu politycznym, by nie zamykali się w fałszywej prywatności. W ten sposób Radio pragnie realizować wskazania Soboru Watykańskiego II oraz posoborowych Papieży, zwłaszcza Jana Pawła II. Przytoczę tu jedną z najważniejszych wypowiedzi naszego Ojca Świętego z "Novo millennio ineunte". Papież wzywa - przede wszystkim katolików świeckich - do odpowiedzialności za świat i życie społeczne w duchu powołania chrześcijańskiego, a jednocześnie z poszanowaniem słusznej autonomii społeczności świeckich. Ojciec Święty podkreśla, że ten etyczno-społeczny wymiar chrześcijańskiego świadectwa jest tak nieodzowny, że "należy odrzucać pokusę duchowości skupionej na wewnętrznych, indywidualnych przeżyciach, którą trudno byłoby pogodzić z wymogami miłosierdzia, a ponadto z logiką Wcielenia i ostatecznie nawet z chrześcijańską eschatologią (...). Szczególnie aktualne pozostaje w tym kontekście nauczanie Soboru Watykańskiego II: 'nauka chrześcijańska nie odwraca człowieka od budowania świata i nie zachęca go do zaniedbywania dobra bliźnich, lecz raczej silniej wiąże go z obowiązkiem wypełniania tych rzeczy'" (NMI 52).

Ukazana przez Ojca Świętego "pokusa duchowości skupionej na wewnętrznych indywidualnych przeżyciach" jest naprawdę groźna.
Są takie ruchy w Kościele, które całkowicie dystansują się od spraw społecznych, zamykając się w niebezpiecznych, bo zawężających orędzie chrześcijańskie, wizjach samodoskonalenia. Są niestety tacy duchowni, którzy - zapewne źle przygotowani z zakresu katolickiej nauki społecznej, którą Jan Paweł II określił jako dział teologii, zwłaszcza teologii moralnej - nie chcą lub nie potrafią mówić o sprawach społecznych. Wydaje się, że wielu młodych kapłanów jakby bało się mówić o sprawach związanych z patriotyzmem, z wartościami narodowymi z lęku, że nie będą się mieścić w kategoriach poprawności politycznej. Tejże poprawności politycznej wydają się poddawać także niektórzy przedstawiciele hierarchii i wówczas narzucają ten styl patrzenia na sprawy społeczno-narodowe szeregowym kapłanom.
To naprawdę nie jest zgodne z wiarą katolicką. Człowiek wierzący pamięta, że "choć należy starannie odróżniać postęp ziemski od wzrostu Królestwa Chrystusowego, to przecież dla Królestwa Bożego nie jest obojętne, jak dalece postęp ten może przyczynić się do lepszego urządzenia społeczności ludzkiej" (KDK 39). W świetle wiary chrześcijańskiej nie można akceptować postawy tych katolików, którzy widząc zło istniejące w świecie, uciekają od niego, wycofują się z uczestnictwa w życiu społecznym, troszcząc się wyłącznie o własne zbawienie lub jedynie o zbawienie ludzi z najbliższego kręgu. Zapomina się o tym, że życie doczesne, w tym także życie społeczne, jest "pielgrzymowaniem" do życia wiecznego. Zapomina się o tym, co tak wyraźnie przypomniał Sobór Watykański II: "Chrześcijanin, zaniedbujący swoje obowiązki doczesne, zaniedbuje swoje obowiązki wobec bliźniego, co więcej wobec samego Boga i naraża na niebezpieczeństwo swoje zbawienie wieczne" (KDK 43). Warto tę przestrogę soborową zapamiętać i zrozumieć, że trzeba się także spowiadać z zaniedbania obowiązków doczesnych. Radio Maryja popełniałoby też grzech zaniedbania, gdyby nie mówiło o obowiązkach w zakresie życia społeczno-politycznego.
Nie mniej niebezpieczna jest druga pokusa, przed jaką stają współcześni chrześcijanie w swym podejściu do życia społecznego.

Chodzi tu o postawę tych wszystkich, którzy otwartość na sprawy doczesne i wezwanie do uczestnictwa w życiu społecznym odczytują jako swoiste przyzwolenie na rezygnację z ukazania chrześcijańskiej specyfiki zaangażowania.
Tacy wyznawcy Chrystusa chcą tak dalece upodobnić się do świata (co niekiedy jest tożsame z przypodobaniem się światu), że przestają pełnić rolę ewangelicznego zaczynu. Wyraża się to często w praktycznych zachowaniach, które można określić mianem "schizofrenii społecznej". Dochodzi tu do rozdzielenia, a nawet przeciwstawienia dwu płaszczyzn powołania chrześcijańskiego: powołania do odpowiedzialności za zbawienie osobiste i we wspólnocie Kościoła oraz powołanie do odpowiedzialności za świat doczesny. Zapomina się wówczas o tym, że "człowiek świecki będąc jednocześnie wyznawcą wiary i obywatelem tego świata, winien się zawsze kierować w obydwu porządkach jednym sumieniem chrześcijańskim" (Dekret o apostolstwie świeckich, nr 5).
W takiej sytuacji dochodzi do wyraźnego (niekiedy wprost całkowitego) rozdzielenia sfery wiary i sfery życia społecznego. Bez wątpienia ma na to wpływ wspomniana wyżej zsekularyzowana koncepcja życia społecznego. Niektórym chrześcijanom może nawet wydawać się, że wiara stanowi pewnego rodzaju przeszkodę w wypełnianiu zadań społecznych, a szczególnie w podjęciu aktywności w dziedzinie polityki. Zapewne w tej grupie należy umieścić także tych, którzy zostają niejako pochłonięci przez różne formy aktywności społecznej (społeczno-politycznej, społeczno-gospodarczej oraz w dziedzinie kultury) tak dalece, że nie ma już w ich życiu miejsca na życie religijne, a wiara pozostaje jedynie elementem pewnego przyzwyczajenia i obyczaju. Poddanie się tej pokusie prowadzi nie tylko do rozerwania relacji między wiarą a aktywnością społeczną, lecz często także do przyjęcia prymatu aktywności politycznej i gospodarczej nad życiem religijnym.
W tej sytuacji dochodzi do takiej zmiany hierarchii wartości w życiu ludzkim, że przestaje być ona zgodna z wiarą w Chrystusa, z systemem wartości ewangelicznych. Miejsce Boga zajmują różnorodne bożki. Kult władzy i pieniądza zaczyna opanowywać serce człowieka. Łączy się z tym jakaś wiara w nieograniczone możliwości człowieka, także w walce ze złem w jego różnych wymiarach. W ten sposób rodzi się też kult polityki: "Gdy ludzie sądzą, że posiedli tajemnice doskonałej organizacji społecznej, która eliminuje zło, sądzą także, iż mogą stosować wszelkie środki, także przemoc czy kłamstwo, by ją urzeczywistnić. Polityka staje się wówczas 'świecką religią', która łudzi się, że buduje w ten sposób raj na ziemi" ("Centesimus annus", nr 25). Tam, gdzie polityka staje się "świecką religią", niepotrzebna staje się prawdziwa wiara religijna; więcej - wydaje się ona być przeszkodą na drodze realizacji celów, które ta nowa "religia" swoiście sakralizuje także wówczas, kiedy w oczywisty sposób godzą one w godność człowieka i w dobro wspólne.
Ci, którzy poddają się tej pokusie upodobnienia się do świata, są przez ten świat zaliczani do "Kościoła otwartego". Przecież nie stwarzają problemów, przecież są tolerancyjni bez granic. Przecież wielu z nich w duchu "wybiórczego chrześcijaństwa" podziela niekatolickie spojrzenia na tzw. aborcję i eutanazję, na związki homoseksualne i inne jeszcze "nowinki" postępowego świata. Jakoś w sobie godzą te sprzeczności, bo tak naprawdę nie czekają na rozgrzeszenie w sakramencie pokuty, lecz na "rozgrzeszenie", które daje im świat (czytaj: salony politycznej poprawności). Pełno tych ludzi w świeckich środkach przekazu. Mącą swoimi opiniami w głowach i sumieniach ludzi słabo znających doktrynę katolicką. Są jednak ulubieńcami mediów. Ciekawe, że niektórzy biskupi i przełożeni zakonni tak wrażliwi na to, co się dzieje w Radiu Maryja, nie zajmują żadnego stanowiska w sprawie bałamutnych występów swoich kapłanów w świeckich mediach.

Radio Maryja - co jest oczywiste - nie może pójść tą drogą.
Nie może poddać się pokusie upodobnienia się do świata. Radio Maryja nie tylko nie może godzić się na pogłębienie procesu sekularyzacji, a tym samym rozdarcia między wiarą i życiem, lecz wprost przeciwnie - musi być, i na szczęście jest - narzędziem ewangelizacji. Radio Maryja nie może w żaden sposób zgodzić się na rezygnację z poszukiwania w wierze fundamentu dla uczestnictwa katolików w życiu społecznym. Jego zadaniem jest poszukiwanie takiej harmonii między wiarą a życiem, która objęłaby także społeczny wymiar życia ludzkiego. Jest to zadanie ukazywania społecznych konsekwencji wiary. Radio Maryja nie może poddać się postawie defetyzmu wyrastającej z poczucia klęski i niemożności; jakoby niemożliwe było odwrócenie tendencji sekularystycznych. Nigdy nie może się zgodzić, by katolicy rezygnowali z własnej tożsamości, bo choć trzeba uznać pluralizm w relacjach społecznych, a tym samym uszanować odmienne motywacje uczestnictwa w życiu społecznym, nie może to oznaczać rezygnacji z podkreślania własnej tożsamości, albowiem traktuje się wiarę jako dobro, które powinno stać się udziałem także innych, bez jakichkolwiek prób jej narzucania.
Radio Maryja ma za zadanie - choć bywa tak, że trzeba je wypełniać w duchu znaku sprzeciwu, którego wzór dał nam sam Chrystus - ukazywać, że prawdziwie wierzący człowiek nie może uznawać, iż jakieś dziedziny jego życia nie podlegają Bogu i może nimi swobodnie dysponować - niezależnie od Boga. Przecież w życiu społecznym uczestniczy człowiek, którego osobowość i życie ukształtowane są przez osobową więź z Bogiem i on sam o tym nie może zapominać. Dzięki tej więzi z Bogiem, czyli dzięki wierze, człowiek uświadamia sobie, że jego egzystencja urzeczywistnia się w świecie doczesnym, ale w żadnej mierze nie ogranicza się do tego świata. Wiara w Chrystusa wzywa więc do zaangażowania się w świat doczesny, a jednocześnie nie pozwala zatrzymać się jedynie na tym wymiarze życia.
Wymowne są w tym kontekście słowa samego Chrystusa z Jego modlitwy arcykapłańskiej, w której zwracając się do Ojca, mówił: "Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem" (J 17,15-18). Jezus nie tylko nie chce, by Jego uczniowie zostali zabrani ze świata, lecz przeciwnie - posyła ich do świata. Jednocześnie jednak podkreśla, że nie przynależą oni - tak jak i On sam - do świata. Co więcej, w świecie tym jest obecne zło, przed którym mogą się ustrzec mocą Ojca Niebieskiego, poszukując dróg prawdy i miłości.

Wiara w Chrystusa wskazuje, że uczestnictwo chrześcijan w życiu społecznym powinno być ujmowane w kategoriach posłannictwa.
Chodzi o coś więcej niż tylko o określenie konkretnych zadań i obowiązków, które chrześcijanie odczytują w duchu wiary. Idea posłannictwa, tak ściśle związana z ideą powołania, wyraża bowiem z jednej strony całościowe odniesienie chrześcijan do świata, a z drugiej - wskazuje na Chrystusa jako Tego, który stanowi źródło i najdoskonalszy wzór posłania. Dzięki wierze w Chrystusa doczesny wymiar życia ludzkiego nie jest i nie może być oderwany od nadprzyrodzonego wymiaru powołania chrześcijańskiego, chociaż świat i społeczności ludzkie zachowują właściwą sobie autonomię.
Odczytanie w duchu wiary odpowiedzialności za świat i życie społeczne jako posłannictwa, którego źródłem jest Chrystus, jest jednym z najważniejszych wymiarów współczesnej misji ewangelizacyjnej Kościoła. Wzywając do nowej ewangelizacji, Jan Paweł II podkreślił, że nauczanie społeczne Kościoła jest jej istotną częścią, gdyż troska o sprawy społeczne jest bardzo ważnym aspektem świadectwa życia chrześcijańskiego. Ojciec Święty napisał w związku z tym, "że nie ma prawdziwego rozwiązania 'kwestii społecznej' poza Ewangelią i że 'rzeczy nowe' mogą w niej odnaleźć swoją przestrzeń prawdy i odpowiedni fundament moralny" ("Centesimus annus", nr 5). W innym miejscu dodał zaś: "Wynika stąd, że nauka społeczna ma sama w sobie wartość narzędzia ewangelizacji: jako taka głosi ona Boga i tajemnicę zbawienia w Chrystusie każdemu człowiekowi i z tej samej racji objawia człowieka samemu sobie" (tamże, nr 54). Czyż Radio Maryja może nie uczestniczyć w wypełnianiu tej ewangelizacyjnej misji Kościoła? Czyż Radio Maryja może zlekceważyć wezwanie do budowania w dzisiejszym świecie cywilizacji miłości?
Współczesnym wyrazem miłości społecznej jest solidarność, która jest czymś więcej niż tylko reakcją ludzi na doświadczenie istniejącej między nimi współzależności. Chrześcijańska koncepcja solidarności podkreśla, że jest ona cnotą, która ma swoje źródło w nadprzyrodzonym darze miłości i w jej najdoskonalszym wzorze - Trójcy Świętej. Jakże wymownie w tym kontekście brzmią słowa Jana Pawła II, które odnoszą się wprost do uczestnictwa w polityce: "Stylem oraz narzędziem polityki, która chce dążyć do prawdziwego rozwoju człowieka, jest solidarność. Ta zaś wymaga czynnego i odpowiedzialnego uczestnictwa w życiu politycznym wszystkich i każdego obywatela oraz rozmaitych grup, związków zawodowych, partii: wszyscy razem i każdy z osobna jesteśmy odbiorcami polityki i jej aktorami. W tej dziedzinie solidarność, jak powiedziałem w encyklice 'Sollicitudo rei socialis', jest czymś więcej aniżeli 'tylko nieokreślonym współczuciem czy powierzchownym rozrzewnieniem wobec zła dotykającego wielu osób, bliskich czy dalekich. Przeciwnie, jest to mocna i trwała wola angażowania się na rzecz dobra wspólnego, czyli dobra wszystkich i każdego, wszyscy bowiem jesteśmy naprawdę odpowiedzialni za wszystkich'" ("Christifideles laici"; Papież cytuje tu "Sollicitudo rei socialis", nr 38). Wezwanie do solidarności stanowi więc jedno z najważniejszych zadań Radia Maryja.
Szczególnym rodzajem miłości w życiu społecznym jest także postawa miłosierdzia. Jan Paweł II nie tylko podkreślił przed laty, że sama sprawiedliwość nie wystarczy, że konieczne jest miłosierdzie w życiu społecznym (por. "Dives in misericordia", nr 12), lecz na progu nowego wieku wezwał cały Kościół do tego, by miłosierdzie stanowiło centrum jego posługi. Miłosierdzie, które skłania do podejmowania różnych dzieł czynnej i konkretnej miłości wobec każdego człowieka, powinno w szczególny sposób dotyczyć najuboższych. Jan Paweł II przypomina tutaj potrzebę stosowania "opcji preferencyjnej na rzecz ubogich", poprzez którą "dajemy świadectwo o kształcie miłości Boga, o Jego opatrzności i miłosierdziu i w pewien sposób nadal rozsiewamy w dziejach ziarna Królestwa Bożego, które sam Jezus pozostawił w czasie swego ziemskiego życia, wychodząc naprzeciw tym, którzy zwracali się do Niego z wszelkimi potrzebami duchowymi i materialnymi" ("Novo millennio ineunte", nr 49).

Czyż zaangażowanie społeczno-polityczne Radia Maryja może pominąć ten aspekt współczesnej misji Kościoła?
Przecież to wezwanie do miłosierdzia wobec ubogich staje się tym bardziej natarczywe, że współczesny rozwój gospodarczy rodzi nowe niesprawiedliwości, dając nielicznym ogromne możliwości, nie pozwalając jednakże większości na korzystanie z tego postępu. Prowadzi to do poszerzania się "krajobrazu ubóstwa", wobec którego chrześcijanin nie może pozostać obojętny. W związku z tym "potrzebna jest dziś nowa 'wyobraźnia miłosierdzia', której przejawem będzie nie tyle i nie tylko skuteczność pomocy, ale zdolność bycia bliźnim dla cierpiącego człowieka, solidaryzowania się z nim, tak aby gest pomocy nie był odczuwany jako poniżająca jałmużna, ale jako świadectwo braterskiej wspólnoty dóbr". Ta wyobraźnia powinna prowadzić do podejmowania konkretnych działań, albowiem bez niej dzieło ewangelizacji byłoby niepełne i nieskuteczne. "Bez tak rozumianej ewangelizacji, dokonującej się przez miłosierdzie i świadectwo chrześcijańskiego ubóstwa, głoszenie Ewangelii - będące przecież pierwszym nakazem miłosierdzia - może pozostać niezrozumiane i utonąć w powodzi słów, którymi i tak jesteśmy nieustannie zalewani we współczesnym społeczeństwie przez środki przekazu. Miłosierdzie czynów nadaje nieodpartą moc miłosierdziu słów" ("Novo millennio ineunte", nr 50).
To poszerzenie perspektywy zaangażowania społecznego katolików jest bardzo ważne, bo tak naprawdę wszystko jest dzisiaj polityką. To nie jest tylko kwestia zdobycia władzy i jej sprawowania. To tylko jeden - nie najważniejszy - wymiar polityki. Nie zawsze pamiętają o tym ci, którzy rwą się do władzy. Znacznie ważniejsze jest szerokie rozumienie polityki, której celem staje się troska o dobro wspólne, bo tylko w tej szerokiej perspektywie jest miejsce dla nas wszystkich. Nie wszyscy śnimy o władzy, ale nie powinno nas zabraknąć w tym zatroskaniu o dobro wspólne. Dobrze, że istnieje takie Radio, które nam o tym nieustannie przypomina.
W imię sprawiedliwości i rzetelności trzeba jednakże stwierdzić na koniec naszych rozważań, że pełna akceptacja zaangażowania społeczno-politycznego Radia Maryja nie oznacza automatycznie uznania wszystkich poglądów i racji politycznych, jakie bywają głoszone z anteny radiowej. Dobrze, że Radio jest otwarte na różne opcje polityczne, przestrzegając przy tym zasady, że muszą być one wyrażane w duchu społecznej nauki Kościoła. Ta otwartość Radia sprawia, że niekiedy występują w nim ludzie, których poglądów nie podzielamy. Niekiedy też dorwą się do mikrofonu lub do telefonu ludzie, których poglądy lub sposób ich prezentowania po prostu denerwują. To jest w jakiejś mierze nieuniknione, bo taka jest formuła radia otwartego. Słuchacze Radia Maryja są jednakże coraz bardziej krytyczni i coraz bardziej wymagający. Powinni o tym pamiętać ci wszyscy, którzy chcieliby zrobić sobie z Radia jedynie tubę propagandową lub swoisty certyfikat prawicowości. Nie jest winą Radia Maryja, że ugrupowania polityczne nawiązujące mniej czy bardziej wyraźnie do społecznej nauki Kościoła są tak dzisiaj podzielone i niezdolne do współdziałania. Jeśli w kolejnych wyborach na tym stracą, niech nie zrzucają winy na Ojca Dyrektora.
Ludziom, którzy pragną coś zrobić dla Polski, powiem na koniec wyraźnie: macie pełne prawo tworzyć programy polityczne, wskazując na konkretne rozwiązania trudnych polskich problemów. Posłuchajcie jednak choć trochę Kościoła, kiedy wskazuje wam na fundament moralny polityki, kiedy wskazuje na konkretne zasady, bez których nie jest możliwe osiągnięcie trwałego sukcesu politycznego. To posłuszeństwo Kościołowi nie narusza waszej wolności politycznej ani nie odbiera wam osobistego autorytetu. Konieczna jest formacja ludzi związanych z polityką i tutaj Kościół jest niezastąpiony.
A tym wszystkim, którzy zżymają się na zaangażowanie polityczne Radia Maryja, pragnę już zupełnie na koniec powiedzieć, że w ten sposób - chcąc nie chcąc - kwestionują także całe nauczanie społeczne Jana Pawła II i podważają sens jego niezwykle jasnych politycznie deklaracji wysuwanych w ramach tego, co głosił podczas pielgrzymek na polskiej ziemi. Czy bez jego nauczania byłyby możliwe narodziny "Solidarności"? Czy bez jego nauczania możliwe byłyby wydarzenia roku 1989? A przecież to było jedynie ukazanie społecznych konsekwencji orędzia Ewangelii, które Kościół winien głosić niestrudzenie. Niech o tym pamiętają zwłaszcza duchowni, którym powierzone jest głoszenie tegoż orędzia w sposób integralny. Nie wszyscy muszą słuchać Radia Maryja, by być dobrymi katolikami. Ale z pewnością nie należą do dobrych katolików ci, którzy to Radio zwalczają.
ks. prof. Janusz Nagórny


źródło: www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20050906&id=my11.txt


Serdecznie dziękując za te hojne datki, skromnie prosimy o dalsze wspomożenie!


 


Niech będą pochwaleni Ojcowie Toruńscy i Ich Najświętsza Rozgłośnia!

[drukuj]
[wracam do głównej]
[zamykam]
 
(c) Radio Maryja | 20.08.2003 | tel. +48 56 6552361 | radio@radiomaryja.pl
ul. Żwirki i Wigury 80, 87 - 100 Toruń