Radio Maryja
Radio Maryja
Komunikat dyrektora Radio Maryja o. Tadeusza Rydzyka dotyczący ataków na Radio Maryja
 
[wracam do głównej]

Tryptyk o Radiu Maryja (1)
Czy Lech Wałęsa jest katolikiem?


NASZ NOWY MAYBACH


źródło:http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20050903&id=my12.txt

Tryptyk o Radiu Maryja (1)
Czy Lech Wałęsa jest katolikiem?

To pytanie - zapewne prowokacyjne - stawiało sobie wielu ludzi, kiedy usłyszało niezwykle ostry atak byłego prezydenta na Radio Maryja. Wydaje się, że nigdy dotąd tak ostro nie zareagował wobec żadnych swoich prawdziwych przeciwników i wrogów. Ci ostatni zostali zresztą prawie natychmiast jego jeśli nie przyjaciółmi, to zwolennikami i obrońcami. Nic tak nie cieszy wrogów Kościoła, jak wewnętrzna walka pomiędzy katolikami. "Patrzcie, ale im dołożył".
Czy Lech Wałęsa nie zdawał sobie sprawy ze wszystkich skutków swojego bezprzykładnego ataku? Czy choć trochę kierował się motywacjami płynącymi z wiary? Czy zachował się jak dobry katolik? Nie sposób do końca odgadnąć wszystkich motywów tego działania. Nie będę więc analizował jego stanu ducha, lecz spróbuję sprawę rozważyć z innej strony.
Najpierw śpieszę dać prostą odpowiedź na postawione wyżej pytanie. Tak, Lech Wałęsa jest katolikiem i bez wątpienia wielokrotnie okazał, że ani nie wstydzi się swej wiary, ani też nie pragnie jej usunięcia z życia publicznego. Ale właśnie dlatego, że jest on prawdziwie katolikiem, mogę moją refleksję odnieść do tego, co w chrześcijańskiej nauce moralnej nazywa się upomnieniem braterskim (correctio fraterna). Wyznawcy Chrystusa, członkowie jednej wspólnoty wyznaniowej - Kościoła katolickiego, są dla siebie wzajemnie siostrami i braćmi. Do tej wspólnoty należy również Lech Wałęsa. W imię tej prawdy pragnę zwrócić się do niego z upomnieniem braterskim.
Najpierw jednak istotne dla nas wszystkich wyjaśnienie. Upomnienie braterskie wyrasta z miłości i jest jej wyrazem (por. KKK 1829). Co więcej, zaliczane jest do uczynków miłosiernych co do duszy. Wprawdzie upomnienie nie jest rzeczą łatwą ani dla tego, kto pragnie kogoś upomnieć, ani tym bardziej dla upominanego. Nikt nie lubi być upominany. Tymczasem miłość bez prawdy nie jest prawdziwą miłością. Powinni o tym pamiętać ci wszyscy, którzy w imię (rzekomej) miłości domagają się rezygnacji z prawdy, niestawiania wymagań, niewskazywania na negatywne aspekty czyjegoś postępowania, którzy domagają się tolerancji dla wszystkich i wszystkiego niezależnie od wymagań prawdy i sprawiedliwości.

Dlaczego Lechowi Wałęsie należy się upomnienie braterskie?
Najpierw dlatego, że naprawdę jest naszym bratem i powinno nam zależeć, by duch braterstwa obowiązywał wszystkich członków Kościoła. Lechowi Wałęsie zabrakło jednak poczucia braterstwa: mówił o Radiu Maryja i o nas wszystkich, którzy stanowimy środowisko Radia Maryja, językiem nienawiści, językiem niesłychanej agresji. Oto znalazł nowych wrogów osobistych, jakby mu ich w życiu brakowało! To prawda, że na antenie Radia Maryja wypowiedziano słowa mało pochlebne, a nawet oskarżające. Z oskarżeniami spotkał się nie pierwszy raz, ale reakcja w odniesieniu do Radia była bardzo nieprzyjazna i obraźliwa.
Jego "nowi" obrońcy i zwolennicy (?) zakrzyknęli: nie wolno niszczyć mitu Lecha Wałęsy i to w kontekście nadchodzącej rocznicy Sierpnia 1980 roku! Problem jednak leży w tym, że głównym wrogiem tego ważnego i potrzebnego Polsce mitu robotnika-prezydenta Wałęsy - wielkiego człowieka wielkiego Sierpnia - jest on sam. Trzeba to powiedzieć z całą przykrością, ale w duchu sprawiedliwości: to sam Lech Wałęsa zniszczył mit wielkiego przywódcy Sierpnia, to on sam jest swoim największym przeciwnikiem, to on sam nie poradził sobie z wyzwaniami, jakie przyniósł czas odzyskiwania wolności po 1989 roku. Nie można było żyć przeszłością. Trzeba było odnaleźć nowe drogi i sprostać nowym wyzwaniom. Szanse były ogromne: nadszedł czas prezydentury Wałęsy. I jak było?
Nie było jeszcze Radia Maryja, gdy w 1990 roku Polacy wybierali prezydenta. Dla mnie było oczywiste, że trzeba dać szansę Lechowi Wałęsie. Nie miałem w sobie tego dziwnego "kompleksu inteligenckiego", który sprawiał, że wielu wykształconych ludzi gardziło kandydatem na prezydenta, bo był "tylko" robotnikiem i to bez wyższego wykształcenia. Było mi więc przykro, kiedy na mojej uczelni podczas wizyty Wałęsy wywieszono obraźliwy transparent, na którym było napisane, że tylko ludzie wykształceni mogą rządzić Polską. To zwolennicy Mazowieckiego postanowili "przyłożyć" Wałęsie. Dziwiłem się też innemu kompleksowi Polaków, tym razem tych mniej wykształconych, że nie chcieli "swojego" na prezydenta. W Polsce nie ocenia się dobrze mitu amerykańskiej kariery: z pucybuta na prezydenta. U nas "swój" nie może być wyniesiony na wysokie stanowisko; lepiej niech rządzi nami obcy. Dawniej wybierali więc Sasów na królów, a współcześnie tak obcych duchowi Narodu komunistów na prezydentów, posłów i senatorów.
Lech Wałęsa został jednak prezydentem. Popełniał wiele błędów, nie słuchał prawdziwych doradców, lecz pochlebców. Inna rzecz, że środowisko "Gazety Wyborczej", a także tworzonej naprędce Unii Demokratycznej, czyniło bardzo wiele, by zniweczyć te zamiary prezydenta, w których można było dopatrzeć się jakichś szans zmian na lepsze. Warto poczytać "Gazetę" z tamtych lat, by wiedzieć, że tamto środowisko nigdy nie darowało Wałęsie, iż nie pozwolił się im prowadzić na pasku. To właśnie sprawiało, że wielu z nas - pomimo zauważanych braków i słabości Wałęsy - widziało w nim kandydata na kolejną kadencję prezydencką.
Zwłaszcza że kontrkandydatem był człowiek nijaki, wyniesiony przez przypadek na wysokie stanowiska, o którym wielu z nas już wówczas wiedziało, że na laty utrwali system polityczny, który będzie mieszanką PRL-u, okrągłostołowych umów i pewnych potrzebnych atrap demokracji.

Kto z nas pamięta jeszcze kampanię prezydencką przed wyborami w 1995 roku?
Na pewno zapomniał o niej Lech Wałęsa albo jego pamięć jest bardzo wybiórcza. Mam nadzieję, że Ojciec Dyrektor Radia Maryja nie pogniewa się na mnie, że przekażę tu pewne informacje, które nie wszystkim są znane. Ojciec Tadeusz Rydzyk zwrócił się wówczas do KUL-u, byśmy przyjęli odpowiedzialność za audycje, w których będzie propagowane nauczanie społeczne Kościoła i to wszystko, co pozwoli naszym rodakom lepiej zrozumieć swoją odpowiedzialność za Ojczyznę. Nie propagując wprost kandydatury Lecha Wałęsy, pragnęliśmy, by ludzie z większym rozsądkiem i w głębszym poczuciu patriotyzmu podejmowali decyzje wyborcze. Do licznego grona wykładowców z KUL-u dołączyłem wówczas i ja, pozostając od tego czasu względnie stałym gościem na antenie radiowej, a od 1997 roku prowadząc stałe rozważania (czwartkowe) z cyklu Myśląc Ojczyzna. Nie ukrywam, że także wtedy byłem za wyborem Lecha Wałęsy na prezydenta. Nie było to poparcie bezkrytyczne, ale też nie godziłem się z wieloma atakami na niego. Co więcej, zakładałem, że jest on na tyle docibilis, czyli zdolny do uczenia się, doskonalenia swoich możliwości, że w drugiej kadencji będzie mu łatwiej zrealizować obietnice wyborcze.
Nie ma co gdybać, co by było, gdyby rzeczywiście Wałęsa otrzymał szansę drugiej kadencji. Natomiast warto uświadomić sobie, że ówczesna przegrana źle wpłynęła na samego Wałęsę. Nie umiał się z nią pogodzić. Nie zrozumiał też wystarczająco dobrze, że przegrał na własne życzenie, że nie umiał udźwignąć tego zaufania, którego mu tak wielu Polaków mimo wszystko wówczas udzieliło. Są ludzie, którzy potrafią przegraną przekuć na późniejsze zwycięstwo, którzy czynią rachunek sumienia i szukają najpierw w sobie źródeł klęski. Okazało się, że Wałęsa do takich ludzi nie należy. Wyrzekł się wszystkich, którzy w imię przyjaźni w poczuciu odpowiedzialności za Polskę chcieli mu to powiedzieć. Przegrany Wałęsa stał się nieznośny, bo wzrastało u niego bezkrytyczne samouwielbienie, które kazało mu źródeł osobistych niepowodzeń szukać zawsze u innych, nigdy u siebie.
Zastanawiam się, kto miał wówczas wpływ na duchowy stan Lecha Wałęsy. Zakładam, że miał jakichś kierowników duchowych, spowiedników i duchownych przyjaciół. Czy nie powinni już wtedy stosować upomnienia braterskiego? Może należeli do takich jak spowiednik przedwojennej hrabiny, który na koniec spowiedzi zwykł pytać swoją penitentkę, "czym jeszcze była łaskawa zgrzeszyć". Wałęsa nie jest pierwszym, który był lub jest u szczytów władzy, a który ma słuch wyczulony jedynie na głosy pochlebców. Zdarza się to bardzo wielu ludziom, również ludziom Kościoła, którzy powinni być bardziej odporni ze względu na poziom życia duchowego.

Lech Wałęsa stał się wprost sztandarowym przykładem wybujałych ambicji ludzi polityki.
Sądzę zresztą, że w naszych środowiskach politycznych jest więcej ludzi, którzy przerastają Wałęsę poziomem egoizmu i egotyzmu, poziomem ambicjonalnych zagrań i działań, szukaniem potwierdzenia siebie w publikacjach i audycjach medialnych, w badaniach opinii publicznej i tym podobnych rzekomych znamionach własnej wielkości. Wałęsa nie potrafi jednak tego stanu swego ducha ukryć, tak jak czynią to inni, mając gębę pełną frazesów o ich poświęceniu dla dobra kraju, o ich trosce o ludzi biednych i bezrobotnych itp. Może nawet Wałęsa jest tu mniej zakłamany niż ci, którzy potrafią ukryć swoje egoistyczne ambicje i interesy za sztafażem pięknych haseł, których zawsze przybywa w kampaniach wyborczych. Ale jest nieznośny w tym nieustannym podkreślaniu swojej osoby i swojego dzieła.
Jeśli nawet zasługi Wałęsy są znaczące i niepodważalne, to nie on powinien o nich mówić, to nie on powinien siebie promować. Co więcej, im bardziej znaczące są te zasługi - zwłaszcza w odniesieniu do powstania "Solidarności" - tym bardziej powinien on zauważyć tych wszystkich, którzy stali u jego boku i go wspierali. Również wtedy, gdy drogi dawnych koleżanek i kolegów z czasów Wolnych Związków Zawodowych i z początków "Solidarności" rozeszły się, gdy niełatwo o wspólną drogę po 25 latach, nie wolno pomniejszać, a tym bardziej nie zauważać wkładu innych. Wałęsa był kimś w tamtych latach nie dlatego, że był sam, lecz dlatego, że umiał zebrać innych. Takie jest zresztą określenie "solidarności", które przypomniał Jan Paweł II w 1987 roku w Gdańsku na Zaspie: "Człowiek żyje z drugimi, przez drugich dla drugich". Jeśli chce się coś zrobić dla innych, trzeba zawsze najpierw poznać i uznać, że człowiek nigdy nie działa sam, że działa z innymi; a co więcej, działa także dlatego, że inni go tego nauczyli lub stworzyli mu szansę. Jedną z największych przykrości, jakie sprawia mi słuchanie obecnych "występów" Lecha Wałęsy, jest właśnie to egocentryczne mówienie wyłącznie o sobie i o swoich dokonaniach.
Upomnienie braterskie, jakie kieruję do Lecha Wałęsy, jest wołaniem o ducha trzeźwego osądu, który wynika z pokory. Lech Wałęsa nie potrzebuje żadnych upokorzeń, bo te jeszcze bardziej pobudzą go do egoistycznej obrony. Potrzebuje jednak ducha pokory, który pozwoli mu lepiej oceniać dokonania innych. A także to, co inni dla niego zrobili. Musi też zrozumieć, że nasza reakcja na jego atak na Radio Maryja wyrasta z tego, iż oczekiwaliśmy zgoła innego stosunku. Jeśli nawet chciał zaprotestować przeciw jednej audycji, która mu się nie podobała, to powinien jednocześnie zauważyć to, co Radio dla niego uczyniło.
To wszystko, co do tej pory napisałem, starałem się ująć naprawdę w duchu upomnienia braterskiego. Nie ma we mnie ani złości, ani gniewu. Noszę w sobie natomiast pewien żal i poczucie zażenowania, że w ogóle o tym muszę pisać. Nie jestem też pewien, czy Lech Wałęsa jest jeszcze w stanie zrozumieć istotę tego braterskiego upomnienia. Jego zacietrzewienie jest ogromne. Nie ma w nim ducha prawdziwego pojednania i przebaczenia. Może potrzebna jest jeszcze bardziej intensywna modlitwa.
Nie wiem, czy mimo wszystko napisałbym to, gdyby nie przepełnienie kielicha goryczy związane z imieninami Lecha Wałęsy. Spektakularne pojednanie z Aleksandrem Kwaśniewskim byłoby wyłącznie sprawą sumienia dawnego prezydenta, gdyby media w tym samym czasie (przypadkowa zbieżność?) nie doniosły usłużnie, że pozew przeciwko Radiu Maryja został właśnie przez niego skierowany do sądu. Oto jeden z wymownych przykładów wybiórczego podejścia do kwestii pojednania. Należy więc przypomnieć słowa św. Pawła: "A jeśli kto nie dba o swoich, a zwłaszcza o domowników, wyparł się wiary i gorszy jest od niewierzącego" (1 Tm 5, 8). Są tacy chrześcijanie, którzy mają więcej miłości, słów pokoju i pojednania dla obcych aniżeli dla swoich.
Zanim w kolejnej odsłonie postaram się szerzej omówić kwestię przebaczenia i pojednania, winienem w tym miejscu jeszcze jedno wyjaśnienie. Poświęciłem tę refleksję nade wszystko Lechowi Wałęsie, bo on sam niejako wszedł na afisz i wywołał bardzo szeroką, nie zawsze dobrą i sprawiedliwą, dyskusję - i to nie tylko o Radiu Maryja, ale szerzej - o sprawach polskich. Chciałbym jednak powiedzieć na koniec, że to upomnienie braterskie adresuję znacznie szerzej, do ludzi uczestniczących w życiu publicznym, zwłaszcza do polityków, którzy przyznają się do wiary i przynależności do Kościoła katolickiego.

Wiara naprawdę zobowiązuje.
Nie może być jedynie sztandarem, ozdobą, nie może ograniczać się do noszenia wizerunku Matki Bożej w klapie. Od katolików można i trzeba więcej wymagać. To oni powinni być bardziej odporni na pokusę fałszywych ambicji, na pokusę kompromisów, które są niezgodne z wyznawaną wiarą. Potrzeba nam takich katolików w polityce, którzy będą wyrastali ponad przeciętność, którzy będą prezentować wysoki poziom moralny, potrzeba nam - jak wołał przed 10 laty Jan Paweł II - ludzi sumienia w polityce. Potrzebujemy takich, którzy pokażą, że można pozostać skutecznym politycznie, zachowując zasady etyczne i wierność Bożym przykazaniom. Wierzę, że są tacy i że będę mógł ze spokojem głosować na nich w nadchodzących wyborach. A Lechowi Wałęsie życzę, by przeżywanie jubileuszu "Solidarności" wyzwoliło w nim ducha solidarności, zwłaszcza w odniesieniu do tych, którzy wciąż mu - mimo wszystko - dobrze życzą.
ks. prof. Janusz Nagórny

źródło:http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20050903&id=my12.txt



Serdecznie dziękując za te hojne datki, skromnie prosimy o dalsze wspomożenie!



 


Niech będą pochwaleni Ojcowie Toruńscy i Ich Najświętsza Rozgłośnia!

[drukuj]
[wracam do głównej]
[zamykam]
 
(c) Radio Maryja | 20.08.2003 | tel. +48 56 6552361 | radio@radiomaryja.pl
ul. Żwirki i Wigury 80, 87 - 100 Toruń